Montessori - jak wychować ciekawych świata małych odkrywców

Przeczytaj fragment premierowej książki pt. „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat”! autorstwa Beatriz M. Muñoz. 
Beatriz M. Muñoz jest mamą czterech córek i prowadzi blog Tigriteando, który zdobył m.in. nagrodę dla Najlepszego Bloga Parentingowego w 2016 roku na świecie. Jest również trenerką i edukatorką - prowadzi kursy i warsztaty dla rodzin, które chcą stosować metodę Montessori w domu.

„Naszym obowiązkiem wobec dziecka jest podarowanie mu promienia światła, a następnie pozwolenie, aby kontynuowało wędrówkę swoją własną drogą.”

Maria Montessori


Kiedy myślę o macierzyństwie i o tym, co chcę zachować w pamięci z tych lat, które upłynęły, od kiedy pierwszy raz zostałam matką, zawsze przychodzi mi na myśl taki obraz. Zamykam oczy i widzę siebie obejmującą moje nowo narodzone dziecko, które pachnie życiem. Dziś po tym zapachu pozostało tylko wspomnienie, ale uczucie, które mi towarzyszy, jest takie samo: całkowita odpowiedzialność. Chciałam wtedy wszystko zrobić dobrze, chciałam być dobrą matką i nie popełnić żadnego błędu. Po kilku latach oceniam te założenia z mieszanymi uczuciami. Czasami wydaje mi się, że radzę sobie dobrze, a czasami – wręcz przeciwnie. Często się mylę, ale to jedyna rzecz, która pozwala mi się uczyć na błędach i sprawia, że staję się coraz lepsza. I nawet jeśli nie widzę tego tak jak moje córki, to dla nich zawsze, albo prawie zawsze, jestem wspaniałą matką i najjaśniejszą gwiazdą w ich wszechświecie. Co za odpowiedzialność!

W tamtych latach podjęliśmy wiele prób i popełniliśmy mnóstwo błędów, i dzięki temu właśnie doszliśmy do metody Montessori. Był to zupełny przypadek. W tamtym czasie moja najstarsza córka musiała stać się bardziej samodzielna, ponieważ po narodzinach jej młodszej siostry nie mogłam poświęcić jej tak wiele czasu jak wcześniej. Pomyślałam, że dobrym pomysłem byłoby odnowienie pokoju zabaw. Teraz przychodzi mi do głowy bardzo wiele innych możliwości, niekoniecznie urządzanie wnętrz, co według mnie wtedy miało pomóc naszej córce przystosować się do nowej sytuacji i stworzyć jej miejsce do samodzielnych zabaw, by też czuła się ważna. W tamtej chwili zaczęłam wszystko od końca, kupując regały do nowego pokoju zabaw, i tak, przez przypadek, dotarłam do metody Montessori.

Od dziecka chciałam zostać nauczycielką i już wtedy uwielbiałam dzielić się z innymi oraz uczyć; jednakże nie znosiłam idei hierarchii, wyższości i kontroli, która panowała w szkole. Zdecydowałam się pójść inną drogą, gdy nadarzyła się okazja, i wybrałam coś, co lubiłam robić, choć nie było to moją pasją. Następnie wykształciłam się, aby móc nauczać dorosłych. Wraz z macierzyństwem coś się nagle we mnie zmieniło: ponownie nawiązałam kontakt z dziewczynką, którą kiedyś byłam. Obiecałam jej, że stanę się osobą, której potrzebowała w najtrudniejszych momentach swojego życia.

Mój mąż jest nauczycielem, więc oboje znaliśmy wcześniej metodę Montessori jako jedną z metod pedagogicznych, ale prawdziwą rewolucją było dla nas zastosowanie tego systemu w naszym domu. Zaczęłam pogłębiać wiedzę na jej temat i zakochałam się w sposobie rozumienia edukacji, absolutnej wierze w dziecko, zmianie paradygmatu, według którego dziecko może uczyć się samodzielnie dzięki odpowiednio przygotowanemu otoczeniu, a także w nieingerencji dorosłego i w jego zaangażowaniu w relacje horyzontalne. Krótko mówiąc, zafascynowało mnie to.

Kiedy zgłębiłam metodę Montessori i zrozumiałam, czym naprawdę jest, zdałam sobie sprawę, że dzięki instynktowi zinternalizowałam już każdą z zasad tego systemu, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Po prostu podążałam intuicyjnie za tym, co się sprawdzało z moją córką, a także wyciągałam wnioski z niezliczonych prób i błędów oraz bacznie obserwowałam swoje dziecko. 

Ostatnie sześć lat minęło mi w mgnieniu oka, a jedyne, czego żałuję, jest to, że czasami traciłam zaufanie do dzieci i nie słuchałam samej siebie lub się wyłączałam. Nadszedł dzień, w którym moje córki przestały być małymi dziećmi i stały się dziewczynkami. Wtedy zdałam sobie sprawę, jak wspaniale było wychowywać je bez nagród i kar we wczesnym dzieciństwie, poszerzać ich autonomię i wolność, na ile, naszym zdaniem, mogły sobie z nimi poradzić. I wbrew wszelkim przepowiedniom autorytetów – tak, jak podpowiedziało mi serce, że się stanie – są to teraz dziewczęta, z którymi możemy prowadzić dialog, negocjować i osiągać porozumienie. Są współczujące i empatyczne oraz wiedzą, jak się uspokoić, kiedy się zezłoszczą, i to nie dlatego, że gniew jest negatywną emocją, ale ponieważ są świadome, że nie prowadzi on do dobrych, długofalowych decyzji. Wiedzą, jak wyrazić swoje uczucia, a także przeprosić i zaakceptować przeprosiny bez chowania urazy. Jeśli chodzi o mnie, zrobiłabym jeszcze raz wszystko dokładnie tak samo – i nie chodzi o to, że ta metoda naprawdę działa, ale że zrobiliśmy to, co naszym zdaniem powinniśmy zrobić: traktowaliśmy nasze dzieci tak, jak my sami chcielibyśmy być traktowani. Mamy przed sobą jeszcze wiele lat rodzicielstwa, ale już teraz jestem pewna, że położyliśmy solidne fundamenty pod szacunek i współpracę. Moje córki mają cudowną książeczkę, w której jest napisane, że jedynymi prezentami, jakich potrzebuje dziecko, są czas i miłość. I to właśnie im daliśmy.

To właśnie tę książkę chciałabym mieć pod ręką dzień przed narodzinami mojej najstarszej córki, a nawet przed zajściem w ciążę. Ciąża i rodzicielstwo mają wiele wspólnego z odpuszczaniem, ustępowaniem i relatywizowaniem. Teraz wiem, że edukować to nie znaczy osiągać, tłumaczyć czy kontrolować. Edukować, jak wskazuje łacińskie źródło tego słowa: educare, oznacza wydobyć coś, co już w kimś jest, edukować to uwolnić to, co jest już w naszych dzieciach, chronić ich czas i przestrzeń oraz jak najmniej ingerować w ich działania. Nie możemy kontrolować dzieci ani decydować za nie, tak jak nie możemy wybrać czasu, kiedy wyrosną im mleczaki lub kiedy zaczną je tracić. Proces ten jest uwarunkowany genetycznie, a każde dziecko rozwija się we własnym tempie. Nie mamy takich kompetencji, dzięki którym pomoglibyśmy im rosnąć. Jedyne, co możemy zrobić, to towarzyszyć im w tym procesie. 

(…)

Przelałam na papier całe moje serce. Jest to również książka przypominająca mi, że dni wydają się trwać wiecznie, kiedy masz małe dzieci, ale lata przemijają szybko. Nim się zorientujesz, twoja córka zaczyna stawiać pierwsze kroki, w mgnieniu oka zaczyna mówić, a chwilę później potrafi już czytać. Pierwsze lata życia dziecka to krótki etap, ale nadzwyczaj intensywny, podczas którego nietrudno jest wpaść w rozpacz i przestać dbać o siebie. Mam nadzieję, że ta książka posłuży ci jako przewodnik, jako światło latarni podczas sztormu, które wskazuje drogę. Mam nadzieję, że pomoże ci odnaleźć w sobie twojego wewnętrznego guru (i przeniesie cię z mroku do światła). I mam również nadzieję, że się uśmiechniesz lub nawet zaczniesz śmiać. Ponieważ śmiechu nigdy za wiele.


Fragment pochodzi z książki Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.

O autorce książki:
Beatriz M. Muñoz – mama czterech córek mająca duże doświadczenie w nauczaniu metody Montessori. Od kiedy zaczęła wykorzystywać metodę we własnym domu, nauczyła się bardziej ufać swoim córkom. W 2013 roku chciała podzielić się z innymi rodzicami zabawami edukacyjnymi, które sama przeprowadzała w domu z córkami – tak powstał blog Tigriteando, który był wielokrotnie nagradzany. Zdobył on m.in. nagrodę dla Najlepszego Bloga Parentingowego w 2016 roku na świecie. Od 2015 roku autorka prowadzi również kursy i warsztaty dla rodzin, które chcą stosować metodę Montessori w domu.

Bibliografia: 
Muñoz B., Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat, Samo Sedno, Warszawa 2021.

Komentarze (0)

Brak komentarzy w tym momencie.

Nowy komentarz

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Akceptuj Więcej informacji Odrzuć